ROZDZIAŁ III

NA DNIE

 

Imuran nie przewidział takiego obrotu spraw. Był pewny, że skoro Sępy zbadają jaskinię i nie znajdą go w niej, po prostu wrócą o wszystkim zameldować Vulturii. Pomylił się i najprawdopodobniej przepłaci tę pomyłkę schwytaniem w sępie szpony. Co prawda, mógł, zakopany w piaskach pustyni, ukryty pod ziemią, centralnie pod szkieletem, na którym siedział Fultus, poczekać do rana. Wówczas jednak piaski wyssały by z niego całe siły witalne i z pewnością nie zdołałby dotrzeć do Cmentarzyska.

Naszła go myśl, że to kres jego ucieczki. Zostanie schwytany w szczątkach innego nieszczęśnika, która lata temu zamarzył o wolności.

„Świat jest tak skonstruowany Imuranie, nie jesteś w stanie nic zmienić” – myśli kłębiły się w jego upiaszczonej głowie.

Czy w istocie każde żyjące stworzenie jest tylko drobiną piasku, niesioną przez życie jak przez wiatr? A może ten cały świat sam w sobie jest taką drobinką umiejscowioną pośród innych miriadów drobinek we wszechświecie?

„Jesteś sam. Gdziekolwiek byś nie uciekł, gdziekolwiek byś się nie znalazł, jesteś zupełnie sam. Możesz napotkać na swojej ścieżce towarzyszy, wspólników niedoli, nawet przyjaciół, nie zmieni to jednak twojej natury. Niewolniczej samotności”.

Czy wszystko co przydarzyło się Imuranowi było efektem Wielkiej Wojny? Gdyby nie ona nigdy nie stałby się niewolnikiem. Dalej miałby rodziców, z którymi zamieszkiwał by uroczą norkę, gdzieś pośród trawiastych równin Mongolii. Przeczuwał jednak, że jego los nigdy nie miał być losem jednego z wielu. On nie był drobinką, on był burzą piaskową, która w stosownej chwili mogła wywrócić świat do góry nogami. Wiedział to, często chciał to wyprzeć ze swojej duszy, zbagatelizować, ale zawsze wiedział. Wiedziała też Królowa Vulturia, która nie mogła sobie pozwolić na tak wielką stratę.

Piasek zaczął robić się chłodny. Oznaczało to, że musiał zapaść zmrok. Ciemności są dobrym pomocnikiem w podejmowaniu poważnych decyzji, dlatego też Imuran stwierdził, że nie można dłużej czekać. Po cichu musi przemknąć pod szponami oprawców i ruszyć w kierunku Cmentarzyska. Powoli zaczął przekopywać ziemię. Miał perfekcyjną orientację w terenie, doskonale wiedział, w którym kierunku musi się przedzierać. W zupełnej ciszy machał łapkami i odgarniał piasek. Wszystko szło zgodnie z jego planem, gdy nagle…

Konstrukcja szkieletu zapadła się pod wpływem drążenia mikrotunelu. Fultus wzbił się w powietrze z przerażającym „KRAAAAAAAAAH!”, reszta towarzyszy zrobiła to samo. Imuran pędził przez podziemne tunele, ale wiedział, że tylko kwestią czasu jest, aż któryś z Sępów chwyci jego futro. Przerażające „KRAAAAAH!” dudniło mu w uszach. Pędził już na oślep, byleby zdezorientować przeciwników.

– Pędzi wprost do jaskini! – wykrzyknął Fultus – Brać go!

– KRAAAAAH! KRAAAAAAAAH!  – przerażający wrzask zadudnił o półki skalne. Jeden z Sępów wyszczerzył zębiska, zadarł pazury i zanurkował po Imurana.

On był zaś już u samego wejścia do jaskini, gdy nagle poczuł jakby stado noży, wbijało się w jego strudzone ucieczką futro. Syknął sparaliżowany przez ból, wystrzelił do góry, przy czym pociągnął za sobą Sępa, który kurczowo trzymając się jego grzbietu, z całym impetem rąbnął łbem w półkę skalną osadzoną u samego wejścia do jaskini. Runął na ziemię, ale nie zwolnił żelaznego uchwytu. Imuran przewrócił się w momencie, gdy gwałtownie został przytrzymany przez Sępa. Jego prędkość była jednak tak szybka, że ptaszysko nie utrzymało równowagi i potoczyło się w głąb jaskini. Wyglądali jak tuman kurzu pędzący przez pustynię.

– KRAAAAH! Zaraz runą w przepaść! – wykrzyknął jeden z Sępów i ruszył na odsiecz. W tym jednak momencie Imuran przekoziołkował nad swym oprawcą i był pierwszym, który runął w otchłań. Ptaszysko w ostatniej chwili chwyciło się pazurami powierzchni i zatrzymało pęd ku zagładzie. Imuran wisiał w powietrzu, a pod łapami miał tylko ciemność. Nie myśląc długo ugryzł z całych sił Sępa w jego szpon.

– KRAAAAAH! – ten wrzasnął z bólu i zwolnił chwyt. Imuran wyswobodził się i nie myśląc, ruszył po grzbiecie Sępa do góry. Wskoczył mu na łeb i już myślał, że uniknął śmiertelnego upadku w otchłań jaskini…

– MAM CIĘ! – wrzasnął drugi Sęp, gdy tylko ujrzał Imurana. Ten podskoczył i w strachu wbił swoje pazury wprost w łysy łeb, kurczowo trzymającego się skały ptaszyska.

– KRAAAH!!!!!!!!!!!!!!!!!!- wykrzyknął i puścił półkę skalną.

– NIEEEEE! – wrzasnął Vultus, ale było już za późno.

Imuran pędził w dół na spotkanie ze śmiercią.

Długo spadali zanim zorientowali się co tak naprawdę się stało. Żaden nie zamierzał jednak dać za wygraną do samego końca. Ptaszysko przysłoniło skrzydłami twarz Imurana i próbowało zadusić go w locie. Ostre pióra Sępa kaleczyły twarz Imurana, który próbował wyrwać się ze śmiercionośnego uścisku. Co chwila obijali się o występy skalne, ale żaden z nich nie był na tyle duży, aby ich utrzymać. Z łoskotem lecieli w dół. Wreszcie, podczas jednego z uderzeń, Sęp złamał skrzydło, którym przytrzymywał swojego jeńca i Imuran przez moment mógł odetchnąć. Ten oddech na nowo napełnił go wolą walki. Chwycił się pazurami złamanego skrzydła Sępa i próbował usadowić mu się na grzbiecie. Ptaszysko mogłoby zamortyzować upadek i pozwolić wyjść myszy polnej z całego zajścia bez szwanku.

– KRAAAAH! Zostaw mnie! KRAAAAH! – wrzeszczał ptaszor i również nie dawał za wygraną, ale ze złamanym skrzydłem nie mógł już zbyt wiele zdziałać. Powietrze zmieniło się, było coraz bardziej wilgotne.

– Jak masz na imię? – zapytał Imuran, kurczowo trzymając się grzbietu sępa.

– Viz… – syknął już niemal nieprzytomny ptak, który poddał się walce i po prostu sunął w dół na spotkanie z przeznaczeniem.

– Mam przeczucie, że śmierć nie będzie końcem tej podróży Viz – powiedział Imuran i zamknął oczy.

Nagle obaj huknęli o taflę i zanurzyli się w lodowatej wodzie. Ciemność była przerażająca, ale jakoś udało im się wydostać na powierzchnię i zaczerpnąć tlenu. Imuran szybko wykaraskał się na brzeg. Trudniej miał Viz, który bronił się przed utonięciem tylko jednym skrzydłem. W pierwszej chwili Imuran chciał go tu po prostu zostawić, by na zawsze spoczął w nieprzenikliwych odmętach podziemnego jeziora. Szybko jednak odezwały się w nim wyrzuty sumienia. Viz uczciwie mógł przegrać tylko w walce. Tutaj pozostawiałby przeciwnika na niesprawiedliwy i pozbawiony honoru los. Obrócił się i pomógł Sępowi dobić do brzegu.

– Czemu to robisz? – odezwał się Viz po wypluciu dość sporej ilości wody ze swych płuc.

– Przecież wy nigdy nie chcieliście mnie zabić – odparł – Mieliście mnie dopaść wyłącznie żywego.

– To prawda – potwierdził Viz.

– Dlatego musisz zrobić wszystko żeby mnie wyprowadzić z tej ciemnicy. Inaczej twoja misja zakończy się niepowodzeniem, a twoje kości na zawsze pozostaną pod ziemią – powiedział poważnym tonem Imuran i spojrzał prosto w ślepia Viz’a – To jak będzie ptaszyno, dopełnisz swoich obietnic?

– Niechaj tak będzie – odparł Viz po czym zemdlał.

 

*

– Pułkowniku Fultusie oni nie mieli szans tego przeżyć – powiedział jeden z sępów nie patrząc w oczy swemu dowódcy. Ten wydawał się być przepotężnie rozgoryczony. Jak ta durna polna mysz mogła mu uciec? Jemu?! Dowódcy Szwadronu Śmierci?!

– Trzeba również zameldować Królowej Vulturii, że straciliśmy jednego z nasz…

– Milcz! – wykrzyknął Fultus i uderzył w pysk swojego żołnierza – Viz nic mnie nie obchodzi! Najważniejsze to dorwać Imurana!

To wywołało niemałą konsternację w szeregach szwadronu. Z racji na jego elitarny charakter wszyscy żołnierze byli jak bracia. I w obowiązku każdego z nich należało chronić brata za każdą cenę. Fultus dostrzegł szybko niezadowolenie swoich żołnierzy. Nie spodobało mu się to, ale wiedział, że nie jest to czas na spory.

– Wracamy do Królestwa! – zadecydował – Głupotą byłoby narażać kolejne życie. Muszę zdać meldunek Vulturii – odparł, po czym stado dziewięciu, a nie jak przedtem dziesięciu sępów, wzbiło się w powietrze.

 

*

Gdy Viz się ocknął jego skrzydło podtrzymywane było przy ciele prowizorycznym temblakiem wykonanym z obślizgłych, wodnych roślin. Imuran siedział nad brzegiem jeziora i wpatrywał się w otchłań.

– Zamierzasz tu ze mną siedzieć cały dzień? – zapytał oschle sępa. Ten zmieszał się, podniósł się z ziemi i otrząsnął skrzydło.

– Ruszajmy zatem. Nie wiem dokąd zaprowadzi nas ten korytarz, ale to jedyna droga – wskazał na ciemny tunel.

I tym sposobem przedziwny duet ruszył przed siebie. Imuran wiedział, że nic na świecie nie dzieje się bez przyczyny. Jaką zatem rolę odegra Viz w całej tej historii? Czy to Sęp ma go uwolnić z jaskiniowych lochów? A może jego rola okaże się znacznie ważniejsza? Do niedawna Viz był dla Imurana wyłącznie jednym ze ścigających go sępów. Bezimiennym, pozbawionym tożsamości, siejącym postrach i oznaczającym kłopoty. Teraz był jego towarzyszem niedoli i swego rodzaju wzmocnieniem. Nikt nigdy do końca nie wie, jakie niespodzianki czają się w odmętach świata. Ba! Imuran zdecydował się go nawet opatrzyć. To się nazywa dopiero przewrotność dziejów!

Przez całą drogę Viz i Imuran niemal nie zamienili słowa. Kilkakrotnie przystanęli, aby odetchnąć albo upewnić się, że dobiegające ich dźwięki z ciemności nie oznaczają kłopotów. Niestety cały czas wydawało im się, że jaskiniowa ścieżka prowadzi delikatnie w dół, a to nie było ich celem. Liczyli na to, że wreszcie zacznie się ona wspinać do góry i w dłuższej perspektywie pozwoli na wydostanie się na powierzchnię. Na to jednak na razie się nie zapowiadało.

Po upływie kilku godzin marszu, ścieżka gwałtownie zaczęła zakręcać i zdecydowanie kierować się w dół. Zarówno Imuran jak i Viz byli zaniepokojeni, ale nie mieli innego wyjścia. Nadzieja na wydostanie się z piwnicy Sępich Gór była jedynym co im zostało.

– Czujesz to? – w pewnym momencie zapytał Viz i pociągnął dziobem – To ogień.

– Smok?! – wytrzeszczył oczy Imuran.

– Głupiec jesteś – parsknął Sęp – Nikt tu nigdy nie widział żadnych smoków, to bajki dla dzieci.

– Więc co to może być?

– Legendy mówią, że kiedyś te jaskinie zamieszkiwał prastary ród. Ponoć już dawno wyginął, ale kto wie, może zachowała się jeszcze jakaś dawna osada – wyjaśnił Viz. Imurana zdziwiło, że ptaszysko, które wydawało mu się być do tej pory tępym i bezlitosnym zabijaką, zna prastare legendy. Zrobili jeszcze kilka kroków do przodu i gwałtownie zatrzymali się.

Wyrosła przed nimi skalna ściana, gdzie korytarz drastycznie zwężał się i zamieniał w tunel. Nie było szans, aby mogli przedostać się przez niego utrzymując równowagę.

– Musimy się czołgać – stwierdził Imuran.

– Nie – oschle zarządził Viz – tunel w dalszym ciągu kieruje się w dół. Jak zaczniemy się czołgać to spadek może okazać się tak duży, że roztrzaskamy głowy o jakąś ze skał. Musimy się położyć na plecach i liczyć na to, że wylądujemy na czymś naprawdę miękkim.

– Czyli niczym zabawa na zjeżdżalni – zażartował Imuran.

– Dokładnie tak, jak na zjeżdżalni – potwierdził Viz – Kto pierwszy?

– Jedziesz przyjacielu! Pamiętaj, że to moje futro ma wyjść z tej przygody bez szwanku – wykrzyknął Imuran i pchnął sępa, który upadł na kuper i zaczął jechać w dół.

– KRAAAAAH! Zwariowałeeeeeś? – darł się Viz, ale w przeciągu sekund zniknął w tunelu.

„No to jazda” – pomyślał Imuran i ruszył zaraz za nim.


ROZDZIAŁ II

POŚCIG

 

            Minęło dość sporo czasu zanim publika zorientowała się, że Imuran wykorzystał swoją wygraną i ruszył w drodze ku wolności. Niektórzy do samego końca nie wierzyli, że zdecydował się na taki krok i liczyli, że zaraz wyłoni się zza zakrętu. Myśleli, że to część atrakcji jaką przygotowali dla nich organizatorzy wyścigu. Niestety mylili się i szybko ich radość zamieniła się w rozczarowanie, a zaraz potem – w złość.

Królowa Vulturia również do samego końca czekała z podjęciem jakichkolwiek kroków. Zresztą obok siebie miała tylko gwardią ochroniarzy, którzy nie byli przygotowani na pościg za rozpędzoną myszą stepową. Imuran dzięki temu zyskiwał cenne minuty, a Vulturia naraziła cały swój majestat na kompromitację. Po kilkunastu minutach, otoczona przez swoją ochronę w końcu uwolniła się z trybun toru wyścigowego i czym prędzej nakazała pościg. Niestety szwadron śmierci, który był dedykowany do wyłapywania uciekinierów, akurat był w czasie ćwiczeń i w gotowości stawił się dopiero po kilkudziesięciu minutach. Na pierwszy rzut oka minuty te nie miałyby większego wpływu. Do tej pory każdy z myszych uciekinierów został wyłapywany maksymalnie po upływie doby. Losy uciekinierów były tragiczne. Często przywiązywani do sępich pazurów, roztrzaskiwani byli o twarde skały.

W tym wypadku sprawa nie była jednak tak oczywista. Vulturia zdawała sobie sprawę, że Imuran nie jest jak reszta niewolników. Znała go najlepiej ze wszystkich, był jej ulubioną zabawką, ale kłamstwem byłoby powiedzieć, że tylko zabawką. Pomimo jej straszliwego oblicza wiedziała, że jest wyjątkowy. I nie mogła sobie pozwolić by go stracić.

– Królowo! – Potężny sęp odziany w stalowy hełm, osłaniający pancerzem zakrzywiony dziób, zasalutował Vulturii – Pułkownik Fulvus melduje szwadron śmierci w gotowości do pościgu!

– Pułkowniku! Macie dostarczyć go żywego! – parsknęła Królowa.

– Ależ Król… – Sęp chciał zaprotestować, gdyż jego kompania lubiła zabawić się ze schwytaną ofiarą.

– To rozkaz Fulvusie!– krzyknęła Królowa, a pułkownik nie zamierzał protestować. Szwadron śmierci załopotał skrzydłami i z przerażającym piskiem wzbił się w powietrze.

Szwadrony śmierci powstały podczas trwania Wielkiej Wojny i to właśnie na ten czas przypadała ich największa aktywność bojowa. Siały spustoszenie od samych Sępich Gór po ocean na wschodzie i Zatokę Bagienną na południu. Powołane zostały jako najmocniejsza, elitarna broń przeciwko żołnierzom zjednoczonego świata. I swoją rolę spełniły perfekcyjnie. Do samego końca Wielkiej Wojny ostatni Szwadron Śmierci bronił Sępich Gór przed oblężeniem, które trwało dziewięćdziesiąt pięć dni. Ich mordercza determinacja uchroniła Królestwo Sępów przed całkowitym upadkiem. Co prawda Sępy przegrały Wielką Wojnę, ale zachowały swoje wpływy na północnym-zachodzie kontynentu. Z racji dość sporych strat poniesionych przez ptaszyska podczas wojny, dekretem Króla Sępów – Vultura Strasznego, wprowadzono zasadę o istnieniu tylko jednego szwadronu, w skład którego wchodzić miało trzynastu potomków sępów z legendarnych szwadronów. Szwadron wykorzystywany był głównie do wyłapywania uciekinierów i czynił to ze stu procentową skutecznością. Tym razem żaden z jego członków również nie wątpił w powodzenie misji, przed jaką go postawiono…

Pułkownik Fulvus był jednym z najsilniejszych Sępów w Królestwie. Jego potężne skrzydliska łomotały na wietrze niczym dwa czarne żagle pirackich galer. Zakrzywiony dziób oprawiony w czarny pancerz lśnił pod słońcem. Oddział szybujący nad wąwozami wyglądał doprawdy przerażająco i budził grozę. Wszyscy dzicy mieszkańcy krainy czym prędzej szukali jakiegokolwiek schronienia przed złowrogim spojrzeniem sępów. Ale one nie były zainteresowane kimkolwiek. Szukały tylko i wyłącznie jednego zbiega – Imurana.

*

Imuran niestrudzony pędził przez piaski pustyni. Pamiętał jak był jeszcze dzieckiem i jeden ze starszych kolegów postanowił mu pokazać Cmentarzysko Świata. Miejsce to było owianą złą sławą i znienawidzone przez Sępy. Odegrała się tam bowiem jedna z największych bitew, w której to Sępy poniosły dotkliwą porażkę. Porażka ta umożliwiła wojskom narodów świata obleganie Sępich Gór przez dziewięćdziesiąt pięć dni. Imuran nigdy jednak do cmentarzyska nie dotarł, gdyż już po godzinie złapano ich. Jego przyjaciel umarł w lochu, on zaś z racji tego że był jeszcze dzieckiem, dostał tylko kilka batów, ale cięższej kary uniknął. Do końca nie był nawet pewien czy miejsce, o którym wspominał mu towarzysz, w ogóle istnieje. Wiedział tylko, że czeka go trzydniowa przeprawa przez pustynię, a jedynym schronieniem mogą być niebezpieczne jaskinie jakie można było spotkać się w ciągnącym się pasie gór lub podziemne korytarze drążone miliony lat przez mikroorganizmy, z których nikt nie znał drogi wyjścia i nie wiedział czy jakakolwiek w ogóle istnieje. Co prawda, zyskał trochę na czasie, ale zdawał sobie sprawę że to zdecydowanie za mało. Ciężko też było łączyć wyczerpujący bieg z myśleniem. Póki co postanowił pędzić ile sił w łapkach, a przed zmrokiem skupić się na znalezieniu kryjówki. Ale i tych sił zaczęło mu powoli brakować. Przecenił swoje możliwości i przez moment przez jego głowę przebiegła przerażająca myśl:

– A może by się tak po prostu zatrzymać?

– Nie! – wykrzyknął w myślach i dał z siebie wszystko, aby jeszcze przez najbliższe kilka godzin zapomnieć o bólu i przebiec jak największy dystans.

Biegł całkowicie jednostajnie. Wyglądał raczej jak chomik w kołowrotku niż uciekinier. Popadł w trans, który umożliwiał mu przebieranie zmęczonymi kończynami.

Jakoś dwie godziny przed zmrokiem poczuł dość ostre ukłucie w prawej tylnej łapie. Szybko pyszczkiem wygrzebał z tobołka jedną z mikstur rzuconą mu przez tłum i czym prędzej wypił całą zawartość. Omal nie zwymiotował, bo maź smakowała okropnie. Wiedział jednak, że dzięki niej oszuka trochę swój organizm i przepędzi tak bolesne skurcze. Jednocześnie szybko dokonał remanentu inwentarza. Okazało się, że mikstur nie było wcale tak wiele, jak wcześniej sobie wyobrażał. Było to zaledwie kilka buteleczek, w tym niektóre już do połowy upite. Nie mógł jednak w tym momencie pozwolić sobie na zwątpienie. Nie teraz kiedy jest jeszcze szansa, a sępy są daleko (choć zdawał sobie sprawę, że depczą mu po piętach i wkrótce dojrzy je na niebie). Zmienił trochę kierunek biegu i ruszył bliżej podnóża gór. Trzeba było zacząć rozglądać się za schronieniem. A za takie mogły uchodzić jedynie jaskinie. Imuran wiedział, że groty są równie niebezpieczne jak sępy – nieprzewidywalne, pełne dzikich mieszkańców tych ziem, którzy w jednej chwili mogą w ciemności rozerwać go na strzępy. Postanowił jednak zaryzykować. Pech chciał, że na skalnej ścianie przez dłuższy czas nie było żadnej szczeliny zwiastującej kryjówkę. Słońce zaczęło zachodzić i Imuran szybko kalkulując wiedział, że zaraz pojawią się sępy.

– KRAAAAAAAAAH!

Po okolicy rozniósł się przerażający okrzyk grupy pościgowej. Sępy najwidoczniej trochę skróciły drogę i zaraz miały wyłonić się zza górskich szczytów. Imurana przeszył dreszcz.

– Już po mnie… – pomyślał, a krwiożercze KRAAAAAAAH! ponownie wstrząsnęło okolicą…

*

Tuzin straszliwych ptaszorów krążył nad okolicą. Pułkownik Fulvus przysiadł na szkielecie jakiegoś gryzonia do połowy zanurzonym w piachu u progu jaskini i mrużąc ślepia wpatrywał się w jej otchłań.

– I co macie go?! – wrzasnął wydawało się w pustkę.

– Musiał spaść w otchłań. Nic tu nie ma tylko pionowa droga w dół, nie mająca końca – odpowiedział mu jeden z jego żołnierzy.

– Głupcy! – syknął Vultus – Mieliśmy dostarczyć go żywego! Królowa się wścieknie jak dowie się, że ta parszywa mysz roztrzaskała swoje futro o dno jaskini!

Sępy przeczesywały jeszcze przez prawie godzinę otchłań groty, jednak bezskutecznie i dalsze poszukiwania były zupełnie bezsensu.

– Zostajemy tu do rana i wznawiamy poszukiwania! – zadecydował Pułkownik – Niech trzy sępy patrolują teren z powietrza, trzy następne jaskinię a potem zmiana! – wydał rozkazy, a sam spoczął na nadgryzionym przez czas szkielecie gryzoniowatego nieszczęśnika.

– Pamiętacie? – odparł i stuknął dziobem w spoczywające na pustyni kości – Złapaliśmy tego durnia jak chciał uciec na Cmentarzysko – odparł dowódca. Ślepia aż mu się zaświeciły. Szkielet musiał wywołać w nim jakieś straszliwie miłe wspomnienia – Głupiec był już prawie u celu. Przecież to niespełna dobę stąd! – wrzasnął, a pozostałe Sępy zareagowały przeraźliwym KRAAAAAAH KRAAAAAAAH!

Cmentarzysko Świata istniało naprawdę.


ROZDZIAŁ I

WYŚCIG

            To był jeden z najbardziej gorących dni tego roku. Słońce prażyło ziemię, a cząsteczki powietrza zamieniły się w stado rozżarzonych, niewidzialnych bomb, które spadały na powierzchnię z niesłyszanym łoskotem, drżąc nad trawiastymi stepami, pagórkowatym podgórzem, brzegami jezior, piaszczystymi pustyniami, a wreszcie nad skalnymi monumentami Sępich Gór, które zajmowały północno-zachodnie rubieże kontynentu. Wpadały do jaskiń, nie szczędziły szczytów gór, wypełniały rozległe kaniony,
w których to właśnie trwał wyścig myszy polnych.

Imuran kończył pierwszy odcinek. W ostatnie okrążenie wszedł z niesamowitym impetem, uderzając swoim futrem o zbocze góry, która aż zadrżała i kilka średniej wielkości kamieni, oderwało się od ustępu i runęło
z łoskotem na rozpalony, piaszczysty tor. Imuran jednak tylko otrząsnął się i pędził dalej jak oszalały, poprzez tunel rozgrzanego do czerwoności piasku i gorącego jak piekło powietrza. Gdy mijał punkt kontrolny, ktoś z zaprzyjaźnionych niewolników rzucił w jego stronę zmoczoną szmatę. Zawodnik podskoczył i złapał ją w locie. Mimo tego, że zaledwie po kilkunastu sekundach była sucha niczym wiór, dodała Imuranowi nowych sił i sprawiła, że pędził dalej. Przedarł się przez wąski korytarz skalny obcierając trochę grzbiet, ale na szczęście wyszedł z tego bez szwanku. Wyrzucił za siebie tumany kurzu i biegł przebierając łapkami. Przez moment zastanawiał się czy sobie poradzi. Analiza trwała bardzo krótko, bo odpowiedź była tylko jedna – musi. Przy następnym zakręcie uważał już bardziej i futro pozostało nienaruszone. W pełni kontrolował koordynację swego ciała, kosztowało go to jednak dużo sił witalnych. Był całkowicie skupiony na wyścigu, który angażował każdy jego zmysł. Gdy poczuł uderzenie gorąca wiedział, że tor zaraz wpadnie wprost w wypełniony rozpalonym powietrzem wąwóz. Nabrał powietrza w płuca i sunął w dół, rozpędzając się jeszcze bardziej. Nie widział nic, piach spod łap sypał mu się do oczu. Wyścigi w tej części świata uchodziły za morderczą rozrywkę, toteż pod Sępie Góry ściągały tłumy szemranych turystów, chcących zafundować sobie porcje wątpliwej dla normalnego osobnika przyjemności. Imuran doskonale wiedział, że tutaj tylko zwycięzcy się liczą. Nie istnieje drugie, trzecie miejsce. Liczy się tylko jedno miejsce na podium.

Pierwsze.

Ta myśl dodawała mu siły i wprawiała w ruch jego ciało. Ta idea przesłaniała mu piaszczystą burzę szalejącą na trasie jego wyścigu. Tylko ona pozwalała by biegł coraz szybciej i szybciej. Z jego futra lał się pot. Wyglądał jakby przedzierał się przez fale wzburzonego oceanu. Od oceanu jednak dzieliło Imurana setki kilometrów, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Nienawidził tych gór, nienawidził tych piasków i teraz za wszelką cenę chciał pokazać całą złość jaką w nim wywoływały. Przyśpieszył jeszcze bardziej, nie było już w zasadzie widać jego łap. Tylko tumany kurzu i piachu, które zostawiał za sobą.

Wreszcie opuścił wąwóz i odetchnął (oczywiście o prawdziwym odetchnięciu mógł tylko pomarzyć – po prostu znów powietrze zrobiło się nieco lżejsze, ale i tak należało do najbardziej rozgrzanych na powierzchni). Kanion, którym biegł, miał zwężenie na samym końcu, przez co Imuran musiał się całkowicie skupić by zmieścić się w wąskim przesmyku. Jeżeli pomyliłby się choć o centymetr, to przy tej prędkości – roztrzaskałby czaszkę o nierozerwalne skały. Niejeden z jego pobratymców właśnie w tym miejscu na zawsze pożegnał się z szansą na zwycięstwo i z szansą na życie…

Wytężył wzrok, wyciągnął przednie łapy jeszcze bardziej do przodu, przez co wydawał się nienaturalnie rozciągnięty – niczym z gumy, która rozciąga się do nieopisanych długości, by potem zamienić się w futrzaną kulkę. Nastroszył uszy i nasłuchiwał drgań powietrza, rozszerzył nozdrza by poczuć zapach wolności, która czekała za owianym złą sławą ujściem wąwozu. W myślach powtarzał sobie, że da radę. Tyle razy to mu się udało, tyle razy musiał tędy przemykać. Teraz też się uda. Przedrze się przez otwór, skończy okrążenie i dalej ruszy w morderczą trasę. Skończy kolejne okrążenie, tłum zacznie wiwatować, a on po raz kolejny okrzyknięty zostanie najszybszym niewolnikiem Sępich Gór… jak dziesiątki razy od kilku lat… to było jego przekleństwo. Jego rutyna.

Nagle potężne uderzenie cisnęło nim o skałę, tak że prawie stracił dech. Przez pierwsze mikrosekundy zupełnie nie wiedział co się stało. Szybko jednak zorientował z czym przyszło mu się zmierzyć.

Pan Scourer był najbardziej przerażającym zawodnikiem w historii wyścigów myszy stepowych. Słynął ze swojej bezwzględności i zamiłowania do nieuzasadnionej przemocy. U podnóża Sępich Gór chodziły o nim przerażające legendy, opisujące jego niecne występki.

Jedna opowiadała, że nie miał rodziców, gdyż powstał ze skalnego popiołu. Druga, że zjadł swych rodziców i z własnej, nieprzymuszonej woli został niewolnikiem tylko po to, żeby nękać pozostałych osobników cierpiących na brak wolności. Jeszcze inna, że sam Pan Ciemności wyrzucił go z mrocznych podziemi i uczynił piekielnym renegatem, który miał skąpać powierzchnię w krwi i cierpieniu.

Imuran nie wierzył w te bzdury. W Pan Scourer’rze upatrywał zdemoralizowanego, skrzywdzonego przez los odrażającego potwora, który z braku przyjaciół, uczuć i radości zamienił się w monstrum, którego jedynym celem było zwalczanie słabszych od niego. Dlatego też atak podczas wyścigu wcale go nie przestraszył, a wręcz przeciwnie – Imuran rzucił się w pogoń za rywalem i w przeciągu kilku chwil był w stanie zębami chwycić jego wyliniały ogon.

Ich rywalizacja również urastała często do rangi legendy. Spór, który z nich jest lepszy, toczony był od lat. Wyniki również nie były jednoznaczne. Raz wygrywał Pan Scourer, drugi raz – Imuran. Trzeci, czwarty, piąty Imuran, ale już szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty i dziesiąty – Pan Scourer. Później dwa razy Imuran, później raz Pan Scourer i tak dalej i tak dalej. Jeden nie istniał bez drugiego, dlatego też w całej nienawiści jaką siebie darzyli, była kropla zrozumienia, a nawet podziwu – tylko Imuran był godnym przeciwnikiem Pan Scourer’a i na odwrót. Tylko Pan Scourer mógł mierzyć się z Imuranem. W tym przesmyku śmierci spotykali się nie pierwszy raz. I zawsze obaj wychodzili z niego cało.

Tym razem miało być inaczej…

Przed wyścigiem Imurana nawiedził dziwny sen. Imuran generalnie nie śni, ale jak już śni – są to przedziwne sny, w których drzemie pradawna moc. W swoim śnie widział starcie. Ogromne fale pędziły przez pustynię i rosły przed monumentalnymi górami. Świat drżał w posadach, aż Pan Ciemności zgrzytał zębami w swoim podziemnym królestwie. Fale zbliżały się do gór i rosły. Rosły i rosły, aż wreszcie przykryły i porwały góry, które pękały pod ich naporem jak kruche źdźbła trawy, składały się i znikały pod morską topielą jak drewniane domki. Potem wielka woda wsiąkła, a świat zamienił się w rozpościerającą się w nieskończoność pustkę. Imuran obudził się i chcąc zerwać się na równe nogi, niemal nie skręcił sobie karku, bowiem przy jego szyi przypięta była potężna obroża. Był niewolnikiem i jak każdy niewolnik – spał w metalowych okowach. Jedna tylko rzecz wyróżniała go od innych uwięzionych…

Nie spał tak jak oni w lochach Sępich Gór. Spał na jednym z najpilniej strzeżonych szczytów, w samej głębi jednej z gór. Spał u samej Królowej Vulturii. Był jej ulubieńcem, a zarazem niewolnikiem, któremu łamała serce. Z nieodgadnionych nikomu przyczyn był szaleńczo zakochanym w najstraszniejszej postaci jaką zrodziły te pasma. Ona wykorzystywała jego nieskazitelne uczucia. Bawiła się nim, upokarzała i traktowała jak zabawkę. Dlatego też wystawiała go w wyścigach. Aby zdobyć jej względy, musiał je wygrywać. Gdy zaś mu się nie udawało – wtrącany był do karceru, co znosił z ogromną pokorą.

Sny Imurana szczególnie interesowały Królową. Wówczas nie dawała mu spać, póki nie opowiedział jej każdego snu ze wszystkimi szczegółami. Tego słuchała ze szczególną uwagą, a na jej twarzy rysowało się przerażenie. Tylko ona jedna wiedziała co oznaczają sny Imurana i tylko ona wiedziała jak cennym jest on niewolnikiem.

– Stajesz w kolejnym wyścigu! – wrzasnęła przerażona, po czym kazała go wtrącić do lochu na dziesięć dni.

Sama również nie spała przez ten czas. Zamknęła się w swej komnacie, nie kazała wpuszczać nikogo i studiowała wszystkie stare księgi jakie udało się zebrać w jej królestwie.

– To niemożliwe… – oznajmiła sama do siebie dnia dziesiątego, po czym opadła na swój tron i kazała wyciągnąć z lochu swojego ulubieńca…

Imuran wyrównał bieg z Pan Scourer’em. Od przesmyku dzieliło ich zaledwie kilkanaście susów. Spojrzeli na siebie ze wściekłością. Doskonale wiedzieli, że równolegle jest w stanie przedrzeć się tylko jeden z nich… Nagle Imuran niespodziewanie rzucił się na skałę, odbił się od niej łapkami i wskoczył wprost na grzbiet rywala, który zdezorientowany zapiszczał złowieszczo, ale nie był w stanie nic już zrobić i po prostu razem przebiegli przez otwór. Następnie Imuran przebiegł po nim i zaledwie w kilka chwil – Pan Scourer znów był drugi. Tłum wiwatował jak Imuran kończył okrążenie jako zwycięzca. Z najlepszej trybuny cały wyścig obserwowała oczywiście Królowa Vulturia – przerażająca i niewzruszona, właśnie delektowała się napojem z kości swoich niewolników. Imuran pragnął jej spojrzenia, ale tego nie było mu dane w tym momencie doświadczyć.

Imuran trafił pod Sępie Góry jak miał zaledwie kilka dni. Nie pamiętał zupełnie swojego dzieciństwa, kiedyś tylko jak uradował Vulturię zwycięstwem w wyścigu, ta w przypływie dobrego humoru (i gotówki, którą zgarnęła z zakładów bukmacherskich) opowiedziała mu, że pochodzi znad samego oceanu i że wraz z rodzicami został porwany podczas trwania Wielkiej Wojny. Rodzice zginęli podczas napadu, a jego sprzedano jako niewolnika. Nie wiedział nic więcej, nigdy też nie słyszał o oceanie. Wyobrażał go sobie czasem i nawiedzał on go w snach. Ocean zawsze był w nich przepotężny i siał spustoszenie.

W tej chwili tłum wiwatujący na cześć Imurana wydał mu się przez moment taką właśnie falą. Po przebiegnięciu mety zwolnił co prawda, ale jeszcze się nie zatrzymał. Z radością odkrył też, iż mimo skwaru i morderczego biegu – jest pełen sił. Publika skandowała na jego cześć, rzucała w jego stronę szmatki nasączone wodą, buteleczki z różnymi eliksirami. Imuran zebrał kilka szmatek, zawinął w nie wszystkie butelki jakie tylko zdołał i przewiesił przez ramię. Myśl, która przeszła przez jego głowę była genialna. Zatrzymał się na moment, ale dalej tuptał w miejscu, by nie stracić impetu do działania. Po raz ostatni spojrzał na Vulturię. Ta jednak zupełnie nie była nim zainteresowana. Wypatrywała Pan Scourer’a, który właśnie doczłapał do mety. Imuran zagryzł zęby, gwałtownie obrócił się i ku uciesze tłumu, zaczął biec kolejne okrążenie. Widownia była wniebowzięta. Szykuje się kolejny pokaz w ramach wyścigu.

Imuran nie był jednak na tyle głupi. Chociaż w swoim mniemaniu trochę był, bo to co planował mógł zrobić już dawno, dawno temu. Postawił sobie nową metę. I zanim tłum spostrzegł, że zawodnik właśnie wypadł z toru i pędzi w zupełnie innym kierunku – Imuran był o kilka kilometrów bliżej oceanu…


UWAGA: W cytowanym fragmencie została zachowana oryginalna pisownia niektórych wyrazów. 

Spostrzegłszy mknącego imurana, ptaszek natychmiast podlatuje do niego, siada mu na grzbiet i, naprzemian — śpiewając lub trzepocąc skrzydełkami i łapiąc pasorzyty, trapiące przyjaciela, odbywa wesołą konną przejażdżkę ku widocznemu zadowoleniu zwierzątka, zamaszyście wywijającego długim ogonkiem z ciemną kitą na końcu. Mongołowie bardzo trafnie nazywają imurana „rumakiem wesołego skowronka“.
Skowronek i imuran mogą służyć za przykład tak zwanej „obronnej symbjozy“. Imuran wyrzuca z nory robaczki, liszki i różne odpadki swego gospodarstwa, z czego korzysta skowronek w tych pozbawionych pokarmu miejscowościach. Ptak zaś zastępuje swemu przyjacielowi wartę: gdy spostrzeże krążącego sępa, natychmiast wydaje dwa krótkie gwizdki na trwogę i zapada gdzieś pod kamień, znikając bez śladu na szarożółtej powierzchni stepu. Po tym sygnale żaden imuran nie wymknie się już ze swych podziemnych labiryntów, oczekując spokojnie na wesołą arję skowronka, gdy już nieprzyjaciel odleci.
W ten sposób w warunkach przyjaznego sąsiedztwa żyją w mongolskich stepach głodowych i w pustyni skowronek i jego „koń“ — imuran (Lagomys ladacensis).

 

Fragment powieści Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów

Ferdynand Ossendowski

Zainspirowany powyższym fragmentem powieści Fernanda Ossendowskiego, 4 lata temu stworzyłem konspekt powieści, który to jeszcze do niedawna spoczywał gdzieś w „elektronicznej” szufladzie. Ostatnio powróciłem do swojego zarysu. Efektem tej decyzji jest rozpoczęcie prac nad nową powieścią o tytule Imuran – Rumak Wesołego Skowronka. 

Dziś mamy Pierwszy Dzień Wiosny i wesołe skowronki zdecydowały się zawitać również na nasz portal!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Źródło: www.myaloysius.tumblr.com

W każdą niedzielę w godzinach wieczornych na portalu będzie pojawiał się rozdział nowej powieści. Teksty będą dostępne całkowicie za darmo.

Premiera I rozdziału już 26 marca! 


Burmuch i Burmuszka to bajka, która została wyróżniona w konkursie blogowych dbajek portalu onet.pl . Dzisiaj publikujemy ją na naszej stronie. Jej treść można znaleźć poniżej w poście oraz po zainstalowaniu aplikacji http://itunes.apple.com/pl/app/blogowe-dbajki/id484006166?mt=8

 

Burmuch i Burmuszka mieszkali sobie w spiżarce, na półce z przetworami, dokładnie za słoikami z kompotem z truskawek. Byli rodzeństwem. Burmuch miał 5 lat. Uwielbiał psocić, śmiać się z innych, był bardzo niegrzeczny i nie usłuchany. Burmuszka była jego młodszą, pięcioletnią siostrą. Burmuszka była bardzo miła i uczynna, zawsze słuchała swoich rodziców i grzecznie bawiła się z innymi stworkami zamieszkującymi spiżarkę.  Jej brat wolał jednak spędzać czas samotnie, psując zabawę i humor inny
– Burmuchu! Czemu się z nami nie pobawisz? – często pytała jego siostra.
– Nie chcę mi się! – odpowiadał szorstko i chował się za swój słoiczek, albo siedział i biernie przypatrywał się zabawom innym. Często też robił na złość swoim kolegą.
– Burmuch znów popsuł mi mój samochodzik !
– Burmuch znów pomazał mój obrazek !
– Burmuch znów zniszczył mój zamek z ziemniaków!
Tak to na Burmucha skarżyli się wszyscy mieszkańcy spiżarki. Ale na nic się to zdawało. Burmuch dalej był niegrzeczny. Mimo wielu próśb, mimo wielu kar, nie zmieniał swojego postępowania. Burmuch był bardzo nie lubianym osobnikiem w spiżarce.
Burmuszka natomiast była bardzo grzeczna i inne stworki ją uwielbiały. Uczestniczyła w prawie wszystkich zabawach jakie były organizowane w spiżarce. Często też namawiała inne stworzonka by zaprosić do zabawy jej brata – Burmucha.
– W żadnym wypadku! – krzyczały stworzonka – Znów popsuje nam całą radochę! – dodawały kolejne.
Siostra nigdy nie była w stanie przekonać swoich przyjaciół do wspólnej zabawy z Burmuchem. Burmuch przysłuchiwał się temu wszystkiemu i śmiał się.
– Jutro też wywinę im jakiś numer! – mówił sam do siebie i zacierał rączki.
Gdy stworzonka wstały i szykowały się do wspólnego śniadania, odkryły że ktoś pozamieniał im wszystkie buciki oraz wypił całe kakao. Miarka się przebrała.
– Ta na pewno ten wstrętny Burmuch! – krzyczały – Musimy wreszcie go ukarać!
Burmuch jednak schował się na wyższej półce i ani myślał stamtąd wyjść. Był dumny z siebie, że udało mu się tak popsuć dzień rówieśnikom. Tylko Burmuszka cały czas broniła brata i starała się wytłumaczyć jego psoty. Nikt nie chciał jej jednak słuchać.Stworzonka zmówiły się i postanowiły, że nie będą całkowicie ignorować Burmucha. I tak,
gdy Burmuch robił jakiś dowcip – nikt na niego nie reagował. Gdy Burmuch pomazał rysunek – wszyscy zachwycali się nad jego pięknem, gdy zniszczył zamek z ziemniaków – stworzonka cieszyły się, że ktoś ich wyręczył. To zaczęło
denerwować Burmucha. Ale stworzonka były nieugięte i kolejne psoty Burmucha nie wywoływały żadnych reakcji.

Pewnego dnia rodzice poprosili Burmucha, aby wybrał się na najwyższą półkę po trochę przypraw, których jego mama potrzebowała do obiadu.
– Nigdzie nie idę! – krzyknął Burmuch i zajął się swoimi zajęciami.
– Ja pójdę mamo – zaproponowała Burmuszka.
– Dobrze Burmuszku, tylko uważaj na siebie – powiedziała mama i wysłała córeczkę po przyprawy.
Burmuszka dzielnie wspinała się po kolejnych półeczkach. Gdy dotarła na miejsce, była bardzo zmęczona i postanowiła, że trochę odpocznie. Niestety pech chciał, że usiadła na pajęczynie. Wpadła w pułapkę pająka.
– Pomocy! Pomocy ! – krzyczała przerażona Burmuszka, ale nikt jej nie słyszał.
– Ratunku! Na pomoc! – krzyczała głośniej.
Burmuch, który akurat wyszedł zza słoiczka usłyszał wołania siostry. Nie namyślając się ani chwili, zaczął się wspinać po półkach by ją uratować. Na górę zdążył w samą porę, gdyż do Burmuszki zbliżał się już wielki
pająk.
– Odejdź od niej! To moja siostra! – krzyknął do pająka, ale ten nic nie robił sobie z ostrzeżeń Burmucha.
– Odsuń się, bo pożałujesz – powiedział do Burmucha i coraz bardziej zbliżał się do Burmuszki. To rozzłościło Burmucha. Czym prędzej rzucił się na pajęczynę. Miał więcej siły niż
Burmuszka i szybko zerwał nici, które owijały jego siostrę. Burmuszka była
wolna.
– Uciekajmy ! – krzyknęła Burmuszka, ale Pająk chwycił jej brata i nie chciał puścić.
– Uciekaj do domu Burmuszko! Ja go tutaj przytrzymam! – krzyknął Burmuch i siłował się z wielkim pająkiem.
Burmuszka zauważyła, że jedna nić pajęczyny zwisa na sam dół komody. Nie zastanawiając się chwyciła się jej i popędziła w dół. Po chwili znalazła się na podłodze spiżarki.
– Na pomoc! Na pomoc! – zaczęła krzyczeć i zaraz wszystkie stworzonka otoczyły ją
– Co się stało Burmuszko? – spytały.
– Tam na górze pająk chwycił mojego brata. Trzeba go uratować – powiedziała.
– Burmuch walczy z pająkiem? – zdziwił się ktoś z tłumu.
– Tak, uratował mnie, ale sam wpadł w jego łapska. Trzeba mu pomóc. Stworzonka początkowo zdziwiły się, ale po chwili ruszyły na górę na pomoc.
Dotarły na miejsce w samą porę, gdyż Burmuch tracił już siły. Pająk, gdy ujrzał tak wiele stworzonek przestraszył się i puścił Burmucha, który o mało co nie spadł z półki. Złapały go stworzonka, które przybyły z pomocą.
– Dziękuję wam – powiedział zmieszany Burmuch i spuścił głowę. Wszyscy wrócili na dół spiżarki. Następnego dnia. Gdy zaczęły się gry i zabawy Burmuszka znów zaproponowała, by zawołać jej brata Burmucha. Stworzonka nie protestowały.
– Niech się z nami pobawi! – krzyczały.
– Burmuchu! Burmuchu! – krzyczała Burmuszka, ale na marne. Wreszcie sama poszła poprosić brata, by dołączył do zabawy.
– Nie Burmuszku, oni mnie nie lubią, nie chcę wam psuć zabawy – powiedział smutny Burmuch.
– Ależ to nieprawda! Wczoraj pokazałeś jaki jesteś dzielny i wspaniały! Chodź ze mną, no chodź – krzyczała Burmuszka i ciągnęła swojego brata za rękę. Ten po długich namowach wreszcie dał się namówić.
Wszystkie stworzonka bardzo szybko polubiły Burmucha. Okazało się, że jest świetnym towarzyszem zabaw. Burmuch był tego dnia pierwszy raz radosny i szczęśliwy.
– Czemu wcześniej nie daliśmy się namówić na zabawę z twoim bratem – mówiły stworzonka do Burmuszki.
– Myśleliśmy, że Burmuch to łobuz i nicpoń, a to bohater naszej spiżarki – dodały po chwili.
Burmuch zawstydził się.
– Burmuchu, jesteś najwspanialszym bratem jakiego tylko można mieć! – wykrzyknęła Burmuszka i rzuciła mu się na szyję.
– Ty jesteś moja najukochańszą siostrą, a wy najlepszymi przyjaciółmi – wykrzyknął Burmuch i wszyscy już teraz mogli się bawić bez żadnych przeszkód.

 

 

 

 

 


Bookszop rozkręca się i to na dobre. Portal zbiera bardzo dobre recenzje, codziennie spływają kolejne zamówienia na pierwszą promowaną powieść. To cieszy. Cieszy mnie, że wśród nas – czytelników, jest tak duża chęć poznawania nowych pozycji oraz wola niesienia pomocy potrzebującym.
Pisz, czytaj, pomagaj to trzy filary, na których opiera się portal. Dlatego też zachęcam wszystkich twórców piszących do szuflady – nadsyłajcie swoje propozycje publikacji, jesteśmy otwarci na każdy rodzaj literacki, nikogo nie skreślamy, niczego nie wykluczamy. Jeżeli twoja propozycja się nam spodoba, zapewnimy redakcję, obróbkę graficzną i promocję wydanego ebooka.
Jednocześnie nakłaniam do zapoznania się z powieścią Mimiś i Mimiśka: Z Dziennika Badacza. Coraz więcej czytelników decyduje się każdego dnia na zapoznanie z przygodami Badacza, który przemierzając ocean natrafia na zaskakujące sytuacje i oryginalne postacie. Podczas podróży odkrywa też samego siebie, a finał całej historii jest naprawdę zaskakujący.

Bookszop – Magia indiebooków


Dzisiaj portal bookszop.com oficjalnie rozpoczyna sprzedaż pierwszego ebooka. Portal będzie funkcjonował w oparciu o trzy zasady: Czytaj – Pisz – Pomagaj.

50% kwoty z każdego zakupionego ebooka, czytelnik będzie mógł przeznaczyć na cele charytatywne, bądź przekazać autorowi. Tylko od was zależy czy kogo i w jaki sposób będziecie wspierać.

Pierwszą udostępnioną powieścią jest Mimiś i Mimiśka: Z Dziennika Badacza. Powieść opowiada o podróży, podczas której odkryjemy, co oznacza miłość i czym jest dla każdego z bohaterów.

Jest to moja pozycja, która ma zachęcić autorów do przesyłania swoich propozycji wydawniczych. Misją portalu jest wydawanie w formie ebooków ciekawych i oryginalnych powieści autorów, którym nie zależy tylko i wyłącznie na rozgłosie i sławie, ale na współtworzeniu portalu indie booków.

Zachęcam do kliknięcia kup teraz i rozkoszowania się przygodami bohaterów. Nie jest to wyłącznie powieść dla dzieci, również dorośli odnajdą w niej uniwersalne prawdy i ciekawe historie.

 

Marcin Stanisławski