Imuran: Rumak Wesołego Skowronka Rozdział III „Na dnie”

ROZDZIAŁ III

NA DNIE

 

Imuran nie przewidział takiego obrotu spraw. Był pewny, że skoro Sępy zbadają jaskinię i nie znajdą go w niej, po prostu wrócą o wszystkim zameldować Vulturii. Pomylił się i najprawdopodobniej przepłaci tę pomyłkę schwytaniem w sępie szpony. Co prawda, mógł, zakopany w piaskach pustyni, ukryty pod ziemią, centralnie pod szkieletem, na którym siedział Fultus, poczekać do rana. Wówczas jednak piaski wyssały by z niego całe siły witalne i z pewnością nie zdołałby dotrzeć do Cmentarzyska.

Naszła go myśl, że to kres jego ucieczki. Zostanie schwytany w szczątkach innego nieszczęśnika, która lata temu zamarzył o wolności.

„Świat jest tak skonstruowany Imuranie, nie jesteś w stanie nic zmienić” – myśli kłębiły się w jego upiaszczonej głowie.

Czy w istocie każde żyjące stworzenie jest tylko drobiną piasku, niesioną przez życie jak przez wiatr? A może ten cały świat sam w sobie jest taką drobinką umiejscowioną pośród innych miriadów drobinek we wszechświecie?

„Jesteś sam. Gdziekolwiek byś nie uciekł, gdziekolwiek byś się nie znalazł, jesteś zupełnie sam. Możesz napotkać na swojej ścieżce towarzyszy, wspólników niedoli, nawet przyjaciół, nie zmieni to jednak twojej natury. Niewolniczej samotności”.

Czy wszystko co przydarzyło się Imuranowi było efektem Wielkiej Wojny? Gdyby nie ona nigdy nie stałby się niewolnikiem. Dalej miałby rodziców, z którymi zamieszkiwał by uroczą norkę, gdzieś pośród trawiastych równin Mongolii. Przeczuwał jednak, że jego los nigdy nie miał być losem jednego z wielu. On nie był drobinką, on był burzą piaskową, która w stosownej chwili mogła wywrócić świat do góry nogami. Wiedział to, często chciał to wyprzeć ze swojej duszy, zbagatelizować, ale zawsze wiedział. Wiedziała też Królowa Vulturia, która nie mogła sobie pozwolić na tak wielką stratę.

Piasek zaczął robić się chłodny. Oznaczało to, że musiał zapaść zmrok. Ciemności są dobrym pomocnikiem w podejmowaniu poważnych decyzji, dlatego też Imuran stwierdził, że nie można dłużej czekać. Po cichu musi przemknąć pod szponami oprawców i ruszyć w kierunku Cmentarzyska. Powoli zaczął przekopywać ziemię. Miał perfekcyjną orientację w terenie, doskonale wiedział, w którym kierunku musi się przedzierać. W zupełnej ciszy machał łapkami i odgarniał piasek. Wszystko szło zgodnie z jego planem, gdy nagle…

Konstrukcja szkieletu zapadła się pod wpływem drążenia mikrotunelu. Fultus wzbił się w powietrze z przerażającym „KRAAAAAAAAAH!”, reszta towarzyszy zrobiła to samo. Imuran pędził przez podziemne tunele, ale wiedział, że tylko kwestią czasu jest, aż któryś z Sępów chwyci jego futro. Przerażające „KRAAAAAH!” dudniło mu w uszach. Pędził już na oślep, byleby zdezorientować przeciwników.

– Pędzi wprost do jaskini! – wykrzyknął Fultus – Brać go!

– KRAAAAAH! KRAAAAAAAAH!  – przerażający wrzask zadudnił o półki skalne. Jeden z Sępów wyszczerzył zębiska, zadarł pazury i zanurkował po Imurana.

On był zaś już u samego wejścia do jaskini, gdy nagle poczuł jakby stado noży, wbijało się w jego strudzone ucieczką futro. Syknął sparaliżowany przez ból, wystrzelił do góry, przy czym pociągnął za sobą Sępa, który kurczowo trzymając się jego grzbietu, z całym impetem rąbnął łbem w półkę skalną osadzoną u samego wejścia do jaskini. Runął na ziemię, ale nie zwolnił żelaznego uchwytu. Imuran przewrócił się w momencie, gdy gwałtownie został przytrzymany przez Sępa. Jego prędkość była jednak tak szybka, że ptaszysko nie utrzymało równowagi i potoczyło się w głąb jaskini. Wyglądali jak tuman kurzu pędzący przez pustynię.

– KRAAAAH! Zaraz runą w przepaść! – wykrzyknął jeden z Sępów i ruszył na odsiecz. W tym jednak momencie Imuran przekoziołkował nad swym oprawcą i był pierwszym, który runął w otchłań. Ptaszysko w ostatniej chwili chwyciło się pazurami powierzchni i zatrzymało pęd ku zagładzie. Imuran wisiał w powietrzu, a pod łapami miał tylko ciemność. Nie myśląc długo ugryzł z całych sił Sępa w jego szpon.

– KRAAAAAH! – ten wrzasnął z bólu i zwolnił chwyt. Imuran wyswobodził się i nie myśląc, ruszył po grzbiecie Sępa do góry. Wskoczył mu na łeb i już myślał, że uniknął śmiertelnego upadku w otchłań jaskini…

– MAM CIĘ! – wrzasnął drugi Sęp, gdy tylko ujrzał Imurana. Ten podskoczył i w strachu wbił swoje pazury wprost w łysy łeb, kurczowo trzymającego się skały ptaszyska.

– KRAAAH!!!!!!!!!!!!!!!!!!- wykrzyknął i puścił półkę skalną.

– NIEEEEE! – wrzasnął Vultus, ale było już za późno.

Imuran pędził w dół na spotkanie ze śmiercią.

Długo spadali zanim zorientowali się co tak naprawdę się stało. Żaden nie zamierzał jednak dać za wygraną do samego końca. Ptaszysko przysłoniło skrzydłami twarz Imurana i próbowało zadusić go w locie. Ostre pióra Sępa kaleczyły twarz Imurana, który próbował wyrwać się ze śmiercionośnego uścisku. Co chwila obijali się o występy skalne, ale żaden z nich nie był na tyle duży, aby ich utrzymać. Z łoskotem lecieli w dół. Wreszcie, podczas jednego z uderzeń, Sęp złamał skrzydło, którym przytrzymywał swojego jeńca i Imuran przez moment mógł odetchnąć. Ten oddech na nowo napełnił go wolą walki. Chwycił się pazurami złamanego skrzydła Sępa i próbował usadowić mu się na grzbiecie. Ptaszysko mogłoby zamortyzować upadek i pozwolić wyjść myszy polnej z całego zajścia bez szwanku.

– KRAAAAH! Zostaw mnie! KRAAAAH! – wrzeszczał ptaszor i również nie dawał za wygraną, ale ze złamanym skrzydłem nie mógł już zbyt wiele zdziałać. Powietrze zmieniło się, było coraz bardziej wilgotne.

– Jak masz na imię? – zapytał Imuran, kurczowo trzymając się grzbietu sępa.

– Viz… – syknął już niemal nieprzytomny ptak, który poddał się walce i po prostu sunął w dół na spotkanie z przeznaczeniem.

– Mam przeczucie, że śmierć nie będzie końcem tej podróży Viz – powiedział Imuran i zamknął oczy.

Nagle obaj huknęli o taflę i zanurzyli się w lodowatej wodzie. Ciemność była przerażająca, ale jakoś udało im się wydostać na powierzchnię i zaczerpnąć tlenu. Imuran szybko wykaraskał się na brzeg. Trudniej miał Viz, który bronił się przed utonięciem tylko jednym skrzydłem. W pierwszej chwili Imuran chciał go tu po prostu zostawić, by na zawsze spoczął w nieprzenikliwych odmętach podziemnego jeziora. Szybko jednak odezwały się w nim wyrzuty sumienia. Viz uczciwie mógł przegrać tylko w walce. Tutaj pozostawiałby przeciwnika na niesprawiedliwy i pozbawiony honoru los. Obrócił się i pomógł Sępowi dobić do brzegu.

– Czemu to robisz? – odezwał się Viz po wypluciu dość sporej ilości wody ze swych płuc.

– Przecież wy nigdy nie chcieliście mnie zabić – odparł – Mieliście mnie dopaść wyłącznie żywego.

– To prawda – potwierdził Viz.

– Dlatego musisz zrobić wszystko żeby mnie wyprowadzić z tej ciemnicy. Inaczej twoja misja zakończy się niepowodzeniem, a twoje kości na zawsze pozostaną pod ziemią – powiedział poważnym tonem Imuran i spojrzał prosto w ślepia Viz’a – To jak będzie ptaszyno, dopełnisz swoich obietnic?

– Niechaj tak będzie – odparł Viz po czym zemdlał.

 

*

– Pułkowniku Fultusie oni nie mieli szans tego przeżyć – powiedział jeden z sępów nie patrząc w oczy swemu dowódcy. Ten wydawał się być przepotężnie rozgoryczony. Jak ta durna polna mysz mogła mu uciec? Jemu?! Dowódcy Szwadronu Śmierci?!

– Trzeba również zameldować Królowej Vulturii, że straciliśmy jednego z nasz…

– Milcz! – wykrzyknął Fultus i uderzył w pysk swojego żołnierza – Viz nic mnie nie obchodzi! Najważniejsze to dorwać Imurana!

To wywołało niemałą konsternację w szeregach szwadronu. Z racji na jego elitarny charakter wszyscy żołnierze byli jak bracia. I w obowiązku każdego z nich należało chronić brata za każdą cenę. Fultus dostrzegł szybko niezadowolenie swoich żołnierzy. Nie spodobało mu się to, ale wiedział, że nie jest to czas na spory.

– Wracamy do Królestwa! – zadecydował – Głupotą byłoby narażać kolejne życie. Muszę zdać meldunek Vulturii – odparł, po czym stado dziewięciu, a nie jak przedtem dziesięciu sępów, wzbiło się w powietrze.

 

*

Gdy Viz się ocknął jego skrzydło podtrzymywane było przy ciele prowizorycznym temblakiem wykonanym z obślizgłych, wodnych roślin. Imuran siedział nad brzegiem jeziora i wpatrywał się w otchłań.

– Zamierzasz tu ze mną siedzieć cały dzień? – zapytał oschle sępa. Ten zmieszał się, podniósł się z ziemi i otrząsnął skrzydło.

– Ruszajmy zatem. Nie wiem dokąd zaprowadzi nas ten korytarz, ale to jedyna droga – wskazał na ciemny tunel.

I tym sposobem przedziwny duet ruszył przed siebie. Imuran wiedział, że nic na świecie nie dzieje się bez przyczyny. Jaką zatem rolę odegra Viz w całej tej historii? Czy to Sęp ma go uwolnić z jaskiniowych lochów? A może jego rola okaże się znacznie ważniejsza? Do niedawna Viz był dla Imurana wyłącznie jednym ze ścigających go sępów. Bezimiennym, pozbawionym tożsamości, siejącym postrach i oznaczającym kłopoty. Teraz był jego towarzyszem niedoli i swego rodzaju wzmocnieniem. Nikt nigdy do końca nie wie, jakie niespodzianki czają się w odmętach świata. Ba! Imuran zdecydował się go nawet opatrzyć. To się nazywa dopiero przewrotność dziejów!

Przez całą drogę Viz i Imuran niemal nie zamienili słowa. Kilkakrotnie przystanęli, aby odetchnąć albo upewnić się, że dobiegające ich dźwięki z ciemności nie oznaczają kłopotów. Niestety cały czas wydawało im się, że jaskiniowa ścieżka prowadzi delikatnie w dół, a to nie było ich celem. Liczyli na to, że wreszcie zacznie się ona wspinać do góry i w dłuższej perspektywie pozwoli na wydostanie się na powierzchnię. Na to jednak na razie się nie zapowiadało.

Po upływie kilku godzin marszu, ścieżka gwałtownie zaczęła zakręcać i zdecydowanie kierować się w dół. Zarówno Imuran jak i Viz byli zaniepokojeni, ale nie mieli innego wyjścia. Nadzieja na wydostanie się z piwnicy Sępich Gór była jedynym co im zostało.

– Czujesz to? – w pewnym momencie zapytał Viz i pociągnął dziobem – To ogień.

– Smok?! – wytrzeszczył oczy Imuran.

– Głupiec jesteś – parsknął Sęp – Nikt tu nigdy nie widział żadnych smoków, to bajki dla dzieci.

– Więc co to może być?

– Legendy mówią, że kiedyś te jaskinie zamieszkiwał prastary ród. Ponoć już dawno wyginął, ale kto wie, może zachowała się jeszcze jakaś dawna osada – wyjaśnił Viz. Imurana zdziwiło, że ptaszysko, które wydawało mu się być do tej pory tępym i bezlitosnym zabijaką, zna prastare legendy. Zrobili jeszcze kilka kroków do przodu i gwałtownie zatrzymali się.

Wyrosła przed nimi skalna ściana, gdzie korytarz drastycznie zwężał się i zamieniał w tunel. Nie było szans, aby mogli przedostać się przez niego utrzymując równowagę.

– Musimy się czołgać – stwierdził Imuran.

– Nie – oschle zarządził Viz – tunel w dalszym ciągu kieruje się w dół. Jak zaczniemy się czołgać to spadek może okazać się tak duży, że roztrzaskamy głowy o jakąś ze skał. Musimy się położyć na plecach i liczyć na to, że wylądujemy na czymś naprawdę miękkim.

– Czyli niczym zabawa na zjeżdżalni – zażartował Imuran.

– Dokładnie tak, jak na zjeżdżalni – potwierdził Viz – Kto pierwszy?

– Jedziesz przyjacielu! Pamiętaj, że to moje futro ma wyjść z tej przygody bez szwanku – wykrzyknął Imuran i pchnął sępa, który upadł na kuper i zaczął jechać w dół.

– KRAAAAAH! Zwariowałeeeeeś? – darł się Viz, ale w przeciągu sekund zniknął w tunelu.

„No to jazda” – pomyślał Imuran i ruszył zaraz za nim.

Udostępnij wpis