Imuran- Rumak Wesołego Skowronka Rozdział II „POŚCIG”

ROZDZIAŁ II

POŚCIG

 

            Minęło dość sporo czasu zanim publika zorientowała się, że Imuran wykorzystał swoją wygraną i ruszył w drodze ku wolności. Niektórzy do samego końca nie wierzyli, że zdecydował się na taki krok i liczyli, że zaraz wyłoni się zza zakrętu. Myśleli, że to część atrakcji jaką przygotowali dla nich organizatorzy wyścigu. Niestety mylili się i szybko ich radość zamieniła się w rozczarowanie, a zaraz potem – w złość.

Królowa Vulturia również do samego końca czekała z podjęciem jakichkolwiek kroków. Zresztą obok siebie miała tylko gwardią ochroniarzy, którzy nie byli przygotowani na pościg za rozpędzoną myszą stepową. Imuran dzięki temu zyskiwał cenne minuty, a Vulturia naraziła cały swój majestat na kompromitację. Po kilkunastu minutach, otoczona przez swoją ochronę w końcu uwolniła się z trybun toru wyścigowego i czym prędzej nakazała pościg. Niestety szwadron śmierci, który był dedykowany do wyłapywania uciekinierów, akurat był w czasie ćwiczeń i w gotowości stawił się dopiero po kilkudziesięciu minutach. Na pierwszy rzut oka minuty te nie miałyby większego wpływu. Do tej pory każdy z myszych uciekinierów został wyłapywany maksymalnie po upływie doby. Losy uciekinierów były tragiczne. Często przywiązywani do sępich pazurów, roztrzaskiwani byli o twarde skały.

W tym wypadku sprawa nie była jednak tak oczywista. Vulturia zdawała sobie sprawę, że Imuran nie jest jak reszta niewolników. Znała go najlepiej ze wszystkich, był jej ulubioną zabawką, ale kłamstwem byłoby powiedzieć, że tylko zabawką. Pomimo jej straszliwego oblicza wiedziała, że jest wyjątkowy. I nie mogła sobie pozwolić by go stracić.

– Królowo! – Potężny sęp odziany w stalowy hełm, osłaniający pancerzem zakrzywiony dziób, zasalutował Vulturii – Pułkownik Fulvus melduje szwadron śmierci w gotowości do pościgu!

– Pułkowniku! Macie dostarczyć go żywego! – parsknęła Królowa.

– Ależ Król… – Sęp chciał zaprotestować, gdyż jego kompania lubiła zabawić się ze schwytaną ofiarą.

– To rozkaz Fulvusie!– krzyknęła Królowa, a pułkownik nie zamierzał protestować. Szwadron śmierci załopotał skrzydłami i z przerażającym piskiem wzbił się w powietrze.

Szwadrony śmierci powstały podczas trwania Wielkiej Wojny i to właśnie na ten czas przypadała ich największa aktywność bojowa. Siały spustoszenie od samych Sępich Gór po ocean na wschodzie i Zatokę Bagienną na południu. Powołane zostały jako najmocniejsza, elitarna broń przeciwko żołnierzom zjednoczonego świata. I swoją rolę spełniły perfekcyjnie. Do samego końca Wielkiej Wojny ostatni Szwadron Śmierci bronił Sępich Gór przed oblężeniem, które trwało dziewięćdziesiąt pięć dni. Ich mordercza determinacja uchroniła Królestwo Sępów przed całkowitym upadkiem. Co prawda Sępy przegrały Wielką Wojnę, ale zachowały swoje wpływy na północnym-zachodzie kontynentu. Z racji dość sporych strat poniesionych przez ptaszyska podczas wojny, dekretem Króla Sępów – Vultura Strasznego, wprowadzono zasadę o istnieniu tylko jednego szwadronu, w skład którego wchodzić miało trzynastu potomków sępów z legendarnych szwadronów. Szwadron wykorzystywany był głównie do wyłapywania uciekinierów i czynił to ze stu procentową skutecznością. Tym razem żaden z jego członków również nie wątpił w powodzenie misji, przed jaką go postawiono…

Pułkownik Fulvus był jednym z najsilniejszych Sępów w Królestwie. Jego potężne skrzydliska łomotały na wietrze niczym dwa czarne żagle pirackich galer. Zakrzywiony dziób oprawiony w czarny pancerz lśnił pod słońcem. Oddział szybujący nad wąwozami wyglądał doprawdy przerażająco i budził grozę. Wszyscy dzicy mieszkańcy krainy czym prędzej szukali jakiegokolwiek schronienia przed złowrogim spojrzeniem sępów. Ale one nie były zainteresowane kimkolwiek. Szukały tylko i wyłącznie jednego zbiega – Imurana.

*

Imuran niestrudzony pędził przez piaski pustyni. Pamiętał jak był jeszcze dzieckiem i jeden ze starszych kolegów postanowił mu pokazać Cmentarzysko Świata. Miejsce to było owianą złą sławą i znienawidzone przez Sępy. Odegrała się tam bowiem jedna z największych bitew, w której to Sępy poniosły dotkliwą porażkę. Porażka ta umożliwiła wojskom narodów świata obleganie Sępich Gór przez dziewięćdziesiąt pięć dni. Imuran nigdy jednak do cmentarzyska nie dotarł, gdyż już po godzinie złapano ich. Jego przyjaciel umarł w lochu, on zaś z racji tego że był jeszcze dzieckiem, dostał tylko kilka batów, ale cięższej kary uniknął. Do końca nie był nawet pewien czy miejsce, o którym wspominał mu towarzysz, w ogóle istnieje. Wiedział tylko, że czeka go trzydniowa przeprawa przez pustynię, a jedynym schronieniem mogą być niebezpieczne jaskinie jakie można było spotkać się w ciągnącym się pasie gór lub podziemne korytarze drążone miliony lat przez mikroorganizmy, z których nikt nie znał drogi wyjścia i nie wiedział czy jakakolwiek w ogóle istnieje. Co prawda, zyskał trochę na czasie, ale zdawał sobie sprawę że to zdecydowanie za mało. Ciężko też było łączyć wyczerpujący bieg z myśleniem. Póki co postanowił pędzić ile sił w łapkach, a przed zmrokiem skupić się na znalezieniu kryjówki. Ale i tych sił zaczęło mu powoli brakować. Przecenił swoje możliwości i przez moment przez jego głowę przebiegła przerażająca myśl:

– A może by się tak po prostu zatrzymać?

– Nie! – wykrzyknął w myślach i dał z siebie wszystko, aby jeszcze przez najbliższe kilka godzin zapomnieć o bólu i przebiec jak największy dystans.

Biegł całkowicie jednostajnie. Wyglądał raczej jak chomik w kołowrotku niż uciekinier. Popadł w trans, który umożliwiał mu przebieranie zmęczonymi kończynami.

Jakoś dwie godziny przed zmrokiem poczuł dość ostre ukłucie w prawej tylnej łapie. Szybko pyszczkiem wygrzebał z tobołka jedną z mikstur rzuconą mu przez tłum i czym prędzej wypił całą zawartość. Omal nie zwymiotował, bo maź smakowała okropnie. Wiedział jednak, że dzięki niej oszuka trochę swój organizm i przepędzi tak bolesne skurcze. Jednocześnie szybko dokonał remanentu inwentarza. Okazało się, że mikstur nie było wcale tak wiele, jak wcześniej sobie wyobrażał. Było to zaledwie kilka buteleczek, w tym niektóre już do połowy upite. Nie mógł jednak w tym momencie pozwolić sobie na zwątpienie. Nie teraz kiedy jest jeszcze szansa, a sępy są daleko (choć zdawał sobie sprawę, że depczą mu po piętach i wkrótce dojrzy je na niebie). Zmienił trochę kierunek biegu i ruszył bliżej podnóża gór. Trzeba było zacząć rozglądać się za schronieniem. A za takie mogły uchodzić jedynie jaskinie. Imuran wiedział, że groty są równie niebezpieczne jak sępy – nieprzewidywalne, pełne dzikich mieszkańców tych ziem, którzy w jednej chwili mogą w ciemności rozerwać go na strzępy. Postanowił jednak zaryzykować. Pech chciał, że na skalnej ścianie przez dłuższy czas nie było żadnej szczeliny zwiastującej kryjówkę. Słońce zaczęło zachodzić i Imuran szybko kalkulując wiedział, że zaraz pojawią się sępy.

– KRAAAAAAAAAH!

Po okolicy rozniósł się przerażający okrzyk grupy pościgowej. Sępy najwidoczniej trochę skróciły drogę i zaraz miały wyłonić się zza górskich szczytów. Imurana przeszył dreszcz.

– Już po mnie… – pomyślał, a krwiożercze KRAAAAAAAH! ponownie wstrząsnęło okolicą…

*

Tuzin straszliwych ptaszorów krążył nad okolicą. Pułkownik Fulvus przysiadł na szkielecie jakiegoś gryzonia do połowy zanurzonym w piachu u progu jaskini i mrużąc ślepia wpatrywał się w jej otchłań.

– I co macie go?! – wrzasnął wydawało się w pustkę.

– Musiał spaść w otchłań. Nic tu nie ma tylko pionowa droga w dół, nie mająca końca – odpowiedział mu jeden z jego żołnierzy.

– Głupcy! – syknął Vultus – Mieliśmy dostarczyć go żywego! Królowa się wścieknie jak dowie się, że ta parszywa mysz roztrzaskała swoje futro o dno jaskini!

Sępy przeczesywały jeszcze przez prawie godzinę otchłań groty, jednak bezskutecznie i dalsze poszukiwania były zupełnie bezsensu.

– Zostajemy tu do rana i wznawiamy poszukiwania! – zadecydował Pułkownik – Niech trzy sępy patrolują teren z powietrza, trzy następne jaskinię a potem zmiana! – wydał rozkazy, a sam spoczął na nadgryzionym przez czas szkielecie gryzoniowatego nieszczęśnika.

– Pamiętacie? – odparł i stuknął dziobem w spoczywające na pustyni kości – Złapaliśmy tego durnia jak chciał uciec na Cmentarzysko – odparł dowódca. Ślepia aż mu się zaświeciły. Szkielet musiał wywołać w nim jakieś straszliwie miłe wspomnienia – Głupiec był już prawie u celu. Przecież to niespełna dobę stąd! – wrzasnął, a pozostałe Sępy zareagowały przeraźliwym KRAAAAAAH KRAAAAAAAH!

Cmentarzysko Świata istniało naprawdę.

Udostępnij wpis