Imuran – Rumak Wesołego Skowronka Rozdział I „Wyścig”

ROZDZIAŁ I

WYŚCIG

            To był jeden z najbardziej gorących dni tego roku. Słońce prażyło ziemię, a cząsteczki powietrza zamieniły się w stado rozżarzonych, niewidzialnych bomb, które spadały na powierzchnię z niesłyszanym łoskotem, drżąc nad trawiastymi stepami, pagórkowatym podgórzem, brzegami jezior, piaszczystymi pustyniami, a wreszcie nad skalnymi monumentami Sępich Gór, które zajmowały północno-zachodnie rubieże kontynentu. Wpadały do jaskiń, nie szczędziły szczytów gór, wypełniały rozległe kaniony,
w których to właśnie trwał wyścig myszy polnych.

Imuran kończył pierwszy odcinek. W ostatnie okrążenie wszedł z niesamowitym impetem, uderzając swoim futrem o zbocze góry, która aż zadrżała i kilka średniej wielkości kamieni, oderwało się od ustępu i runęło
z łoskotem na rozpalony, piaszczysty tor. Imuran jednak tylko otrząsnął się i pędził dalej jak oszalały, poprzez tunel rozgrzanego do czerwoności piasku i gorącego jak piekło powietrza. Gdy mijał punkt kontrolny, ktoś z zaprzyjaźnionych niewolników rzucił w jego stronę zmoczoną szmatę. Zawodnik podskoczył i złapał ją w locie. Mimo tego, że zaledwie po kilkunastu sekundach była sucha niczym wiór, dodała Imuranowi nowych sił i sprawiła, że pędził dalej. Przedarł się przez wąski korytarz skalny obcierając trochę grzbiet, ale na szczęście wyszedł z tego bez szwanku. Wyrzucił za siebie tumany kurzu i biegł przebierając łapkami. Przez moment zastanawiał się czy sobie poradzi. Analiza trwała bardzo krótko, bo odpowiedź była tylko jedna – musi. Przy następnym zakręcie uważał już bardziej i futro pozostało nienaruszone. W pełni kontrolował koordynację swego ciała, kosztowało go to jednak dużo sił witalnych. Był całkowicie skupiony na wyścigu, który angażował każdy jego zmysł. Gdy poczuł uderzenie gorąca wiedział, że tor zaraz wpadnie wprost w wypełniony rozpalonym powietrzem wąwóz. Nabrał powietrza w płuca i sunął w dół, rozpędzając się jeszcze bardziej. Nie widział nic, piach spod łap sypał mu się do oczu. Wyścigi w tej części świata uchodziły za morderczą rozrywkę, toteż pod Sępie Góry ściągały tłumy szemranych turystów, chcących zafundować sobie porcje wątpliwej dla normalnego osobnika przyjemności. Imuran doskonale wiedział, że tutaj tylko zwycięzcy się liczą. Nie istnieje drugie, trzecie miejsce. Liczy się tylko jedno miejsce na podium.

Pierwsze.

Ta myśl dodawała mu siły i wprawiała w ruch jego ciało. Ta idea przesłaniała mu piaszczystą burzę szalejącą na trasie jego wyścigu. Tylko ona pozwalała by biegł coraz szybciej i szybciej. Z jego futra lał się pot. Wyglądał jakby przedzierał się przez fale wzburzonego oceanu. Od oceanu jednak dzieliło Imurana setki kilometrów, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Nienawidził tych gór, nienawidził tych piasków i teraz za wszelką cenę chciał pokazać całą złość jaką w nim wywoływały. Przyśpieszył jeszcze bardziej, nie było już w zasadzie widać jego łap. Tylko tumany kurzu i piachu, które zostawiał za sobą.

Wreszcie opuścił wąwóz i odetchnął (oczywiście o prawdziwym odetchnięciu mógł tylko pomarzyć – po prostu znów powietrze zrobiło się nieco lżejsze, ale i tak należało do najbardziej rozgrzanych na powierzchni). Kanion, którym biegł, miał zwężenie na samym końcu, przez co Imuran musiał się całkowicie skupić by zmieścić się w wąskim przesmyku. Jeżeli pomyliłby się choć o centymetr, to przy tej prędkości – roztrzaskałby czaszkę o nierozerwalne skały. Niejeden z jego pobratymców właśnie w tym miejscu na zawsze pożegnał się z szansą na zwycięstwo i z szansą na życie…

Wytężył wzrok, wyciągnął przednie łapy jeszcze bardziej do przodu, przez co wydawał się nienaturalnie rozciągnięty – niczym z gumy, która rozciąga się do nieopisanych długości, by potem zamienić się w futrzaną kulkę. Nastroszył uszy i nasłuchiwał drgań powietrza, rozszerzył nozdrza by poczuć zapach wolności, która czekała za owianym złą sławą ujściem wąwozu. W myślach powtarzał sobie, że da radę. Tyle razy to mu się udało, tyle razy musiał tędy przemykać. Teraz też się uda. Przedrze się przez otwór, skończy okrążenie i dalej ruszy w morderczą trasę. Skończy kolejne okrążenie, tłum zacznie wiwatować, a on po raz kolejny okrzyknięty zostanie najszybszym niewolnikiem Sępich Gór… jak dziesiątki razy od kilku lat… to było jego przekleństwo. Jego rutyna.

Nagle potężne uderzenie cisnęło nim o skałę, tak że prawie stracił dech. Przez pierwsze mikrosekundy zupełnie nie wiedział co się stało. Szybko jednak zorientował z czym przyszło mu się zmierzyć.

Pan Scourer był najbardziej przerażającym zawodnikiem w historii wyścigów myszy stepowych. Słynął ze swojej bezwzględności i zamiłowania do nieuzasadnionej przemocy. U podnóża Sępich Gór chodziły o nim przerażające legendy, opisujące jego niecne występki.

Jedna opowiadała, że nie miał rodziców, gdyż powstał ze skalnego popiołu. Druga, że zjadł swych rodziców i z własnej, nieprzymuszonej woli został niewolnikiem tylko po to, żeby nękać pozostałych osobników cierpiących na brak wolności. Jeszcze inna, że sam Pan Ciemności wyrzucił go z mrocznych podziemi i uczynił piekielnym renegatem, który miał skąpać powierzchnię w krwi i cierpieniu.

Imuran nie wierzył w te bzdury. W Pan Scourer’rze upatrywał zdemoralizowanego, skrzywdzonego przez los odrażającego potwora, który z braku przyjaciół, uczuć i radości zamienił się w monstrum, którego jedynym celem było zwalczanie słabszych od niego. Dlatego też atak podczas wyścigu wcale go nie przestraszył, a wręcz przeciwnie – Imuran rzucił się w pogoń za rywalem i w przeciągu kilku chwil był w stanie zębami chwycić jego wyliniały ogon.

Ich rywalizacja również urastała często do rangi legendy. Spór, który z nich jest lepszy, toczony był od lat. Wyniki również nie były jednoznaczne. Raz wygrywał Pan Scourer, drugi raz – Imuran. Trzeci, czwarty, piąty Imuran, ale już szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty i dziesiąty – Pan Scourer. Później dwa razy Imuran, później raz Pan Scourer i tak dalej i tak dalej. Jeden nie istniał bez drugiego, dlatego też w całej nienawiści jaką siebie darzyli, była kropla zrozumienia, a nawet podziwu – tylko Imuran był godnym przeciwnikiem Pan Scourer’a i na odwrót. Tylko Pan Scourer mógł mierzyć się z Imuranem. W tym przesmyku śmierci spotykali się nie pierwszy raz. I zawsze obaj wychodzili z niego cało.

Tym razem miało być inaczej…

Przed wyścigiem Imurana nawiedził dziwny sen. Imuran generalnie nie śni, ale jak już śni – są to przedziwne sny, w których drzemie pradawna moc. W swoim śnie widział starcie. Ogromne fale pędziły przez pustynię i rosły przed monumentalnymi górami. Świat drżał w posadach, aż Pan Ciemności zgrzytał zębami w swoim podziemnym królestwie. Fale zbliżały się do gór i rosły. Rosły i rosły, aż wreszcie przykryły i porwały góry, które pękały pod ich naporem jak kruche źdźbła trawy, składały się i znikały pod morską topielą jak drewniane domki. Potem wielka woda wsiąkła, a świat zamienił się w rozpościerającą się w nieskończoność pustkę. Imuran obudził się i chcąc zerwać się na równe nogi, niemal nie skręcił sobie karku, bowiem przy jego szyi przypięta była potężna obroża. Był niewolnikiem i jak każdy niewolnik – spał w metalowych okowach. Jedna tylko rzecz wyróżniała go od innych uwięzionych…

Nie spał tak jak oni w lochach Sępich Gór. Spał na jednym z najpilniej strzeżonych szczytów, w samej głębi jednej z gór. Spał u samej Królowej Vulturii. Był jej ulubieńcem, a zarazem niewolnikiem, któremu łamała serce. Z nieodgadnionych nikomu przyczyn był szaleńczo zakochanym w najstraszniejszej postaci jaką zrodziły te pasma. Ona wykorzystywała jego nieskazitelne uczucia. Bawiła się nim, upokarzała i traktowała jak zabawkę. Dlatego też wystawiała go w wyścigach. Aby zdobyć jej względy, musiał je wygrywać. Gdy zaś mu się nie udawało – wtrącany był do karceru, co znosił z ogromną pokorą.

Sny Imurana szczególnie interesowały Królową. Wówczas nie dawała mu spać, póki nie opowiedział jej każdego snu ze wszystkimi szczegółami. Tego słuchała ze szczególną uwagą, a na jej twarzy rysowało się przerażenie. Tylko ona jedna wiedziała co oznaczają sny Imurana i tylko ona wiedziała jak cennym jest on niewolnikiem.

– Stajesz w kolejnym wyścigu! – wrzasnęła przerażona, po czym kazała go wtrącić do lochu na dziesięć dni.

Sama również nie spała przez ten czas. Zamknęła się w swej komnacie, nie kazała wpuszczać nikogo i studiowała wszystkie stare księgi jakie udało się zebrać w jej królestwie.

– To niemożliwe… – oznajmiła sama do siebie dnia dziesiątego, po czym opadła na swój tron i kazała wyciągnąć z lochu swojego ulubieńca…

Imuran wyrównał bieg z Pan Scourer’em. Od przesmyku dzieliło ich zaledwie kilkanaście susów. Spojrzeli na siebie ze wściekłością. Doskonale wiedzieli, że równolegle jest w stanie przedrzeć się tylko jeden z nich… Nagle Imuran niespodziewanie rzucił się na skałę, odbił się od niej łapkami i wskoczył wprost na grzbiet rywala, który zdezorientowany zapiszczał złowieszczo, ale nie był w stanie nic już zrobić i po prostu razem przebiegli przez otwór. Następnie Imuran przebiegł po nim i zaledwie w kilka chwil – Pan Scourer znów był drugi. Tłum wiwatował jak Imuran kończył okrążenie jako zwycięzca. Z najlepszej trybuny cały wyścig obserwowała oczywiście Królowa Vulturia – przerażająca i niewzruszona, właśnie delektowała się napojem z kości swoich niewolników. Imuran pragnął jej spojrzenia, ale tego nie było mu dane w tym momencie doświadczyć.

Imuran trafił pod Sępie Góry jak miał zaledwie kilka dni. Nie pamiętał zupełnie swojego dzieciństwa, kiedyś tylko jak uradował Vulturię zwycięstwem w wyścigu, ta w przypływie dobrego humoru (i gotówki, którą zgarnęła z zakładów bukmacherskich) opowiedziała mu, że pochodzi znad samego oceanu i że wraz z rodzicami został porwany podczas trwania Wielkiej Wojny. Rodzice zginęli podczas napadu, a jego sprzedano jako niewolnika. Nie wiedział nic więcej, nigdy też nie słyszał o oceanie. Wyobrażał go sobie czasem i nawiedzał on go w snach. Ocean zawsze był w nich przepotężny i siał spustoszenie.

W tej chwili tłum wiwatujący na cześć Imurana wydał mu się przez moment taką właśnie falą. Po przebiegnięciu mety zwolnił co prawda, ale jeszcze się nie zatrzymał. Z radością odkrył też, iż mimo skwaru i morderczego biegu – jest pełen sił. Publika skandowała na jego cześć, rzucała w jego stronę szmatki nasączone wodą, buteleczki z różnymi eliksirami. Imuran zebrał kilka szmatek, zawinął w nie wszystkie butelki jakie tylko zdołał i przewiesił przez ramię. Myśl, która przeszła przez jego głowę była genialna. Zatrzymał się na moment, ale dalej tuptał w miejscu, by nie stracić impetu do działania. Po raz ostatni spojrzał na Vulturię. Ta jednak zupełnie nie była nim zainteresowana. Wypatrywała Pan Scourer’a, który właśnie doczłapał do mety. Imuran zagryzł zęby, gwałtownie obrócił się i ku uciesze tłumu, zaczął biec kolejne okrążenie. Widownia była wniebowzięta. Szykuje się kolejny pokaz w ramach wyścigu.

Imuran nie był jednak na tyle głupi. Chociaż w swoim mniemaniu trochę był, bo to co planował mógł zrobić już dawno, dawno temu. Postawił sobie nową metę. I zanim tłum spostrzegł, że zawodnik właśnie wypadł z toru i pędzi w zupełnie innym kierunku – Imuran był o kilka kilometrów bliżej oceanu…

Udostępnij wpis